zimne swiatlo gwiazd cover  

Od początku istnienia na świecie człowiek zadawał sobie wiele pytań. Większość dotyczyła naturalnie sfery codzienności, inne orbitowały ku temu, co pozamaterialne i nieuchwytne. Były też i takie, które ulatywały z ust marzycieli oraz wizjonerów, rozważających: co by było gdyby?

Bartek Biedrzycki, ukazując nam „Zimne światło gwiazd”, postanowił odpowiedzieć na jedno z setek miliardów takich pytań, które, niczym gwiazdy na niebie, migoczą, przykuwając uwagę tych, którzy odważą się w nie spojrzeć.

             

             

              Książka jest niewątpliwie zbiorem fikcji w klimacie space opery, jednak jest to fikcja skonstruowana z dokładnością i zapałem projektantów, którzy własnymi rękami doprowadzili ludzkość na skraj tego świata, ukazując nieskończoność kolejnych.

              Stworzona rzeczywistość w pewnym momencie historycznym, jak się okazało szczególnie istotnym, odbiegła swoją linią czasową od naszej, pozwalając zaistnieć nowym możliwościom. Zawiązały się sojusze, dzięki którym nauka rozkwitła na nowo, a dostarczone wojną zaplecze technologiczne pchnęło człowieka poza granice naszej Ziemi.

              Zbiorek historii prezentuje dość obszerną wizję świata, w którym Polacy, wraz z innymi narodami już od okresu powojennego, sięgnęli gwiazd, dając zupełnie nowy pogląd na rozwój tej gałęzi nauki. Bohaterowie książki są ludźmi z krwi i kości - bez zbędnych idealizacji czy przesadnej kreacji osobowości. Ich życie jest przyziemne (choć oczywiście w tym przypadku nie zawsze dosłownie), czują strach i radość, zamknięci w rozpędzonych stalowych trumnach (jak zwali je niektórzy), mknąc ku zimnemu, nieznanemu i przerażająco głębokiemu mrokowi. Zdani na siebie samych, porzucili myśl o czymś „ponad”… myśl o Bogu. Jak twierdzą, byli nawet ponad Ziemią i wciąż żadnego nie widzieli.

              Należy tu raz jeszcze wyrazić uznanie dla autora za całą staranność i inżynieryjną precyzję, jaką włożył on w nadanie tak świetnego realizmu tej książce. W żadnej z historii nie znajdziemy supertechnologii zapewniającej choćby coś tak podstawowego w obecnej literaturze sci-fi jak sztuczna grawitacja. To wciąż pierwsze statki, jakie wzniesiono na orbitę, a ich tak nieliczna automatyka postrzegana była przez astronautów jako luksus. Kombinezony? Cóż, tu czymś „ekstra” były co najwyżej ekstra-chłonne-pieluchy. Tak, kosmos to nie hotel, a rakieta nie limuzyna…

              Jeśli ktoś ceni sobie niecodzienne wizje teraźniejszości czy przeszłości, gdzie „Kowalski” odbiera na międzynarodowej stacji kosmicznej domowej roboty koniak od swojego rosyjskiego tawarisza, by wspólnie opić zdrowie uratowanego z opresji czarnoskórego kolegi astronauty – wiecie już, po co należy sięgnąć.