Cixin Liu Problem trzech cial

 

 Jeśli chciałbym rozpocząć i zakończyć to książkowe podsumowanie jednym zdaniem, powiedziałbym: Cixin Liu wgniata w fotel. Jednak to, co naprawdę chcę Wam powiedzieć i przekazać, to: Cixin Liu wgniata w fotel - i warto zrozumieć dlaczego…

              Każdemu, kto słyszał o cyklu rozpoczynającym się od „Problemu trzech ciał”, nie trzeba tłumaczyć, że mówimy przy nim raczej o klasycznym sci-fi niż o horrorze. Zapewniam jednak, że element „grozowy” jest na równi obecny w obydwu. No, to skoro wstępne wyjaśnienia mamy za sobą, powiedzmy, o czym tu mówić właściwie należy.

              Historia jest pewną alegorią ludzkiego umysłu – zawiła, niepełna i kończy się raczej źle. W skrócie nieco większym, książka opowiada losy kilkorga ludzi, których życia przeplatały się na przestrzeni różnych czasów i wydarzeń. Zaczynamy we wschodnim kraju rozdartym wewnętrznie przez wojnę poglądów i filozofii, w której kamienuje się profesorów i uczonych, głoszących tezy sprzeczne z tymi „poprawnymi”. Od konfliktu ucieka pewna młoda kobieta, która następnie wplątana zostaje w wir wydarzeń, efektem których, ostatecznie, jej palec zatrzymuje się nad przyciskiem mającym zatwierdzić wysłanie odpowiedzi do obcej cywilizacji, która z założenia zaprowadzi ład na rozdartej konfliktami Ziemi.

Jednocześnie jesteśmy wprowadzani w świat nauki, która zawodzi, i to dosłownie. Naukowcy zaczynają popełniać samobójstwa, których przyczyną jest najprawdopodobniej cały świat – materia oszalała i przestała się rządzić częścią podstawowych praw fizycznych. Nie znaczy to rzecz jasna, że grawitacja ot tak przestała działać, jednak wyniki, z jakimi zostajemy zapoznani, jednoznacznie wskazują, że, na miejsce uporządkowanych i jednoznacznych wzorów, pewnym siebie krokiem wszedł sam chaos i rozgościł się na dobre.

I tu jest właśnie Groza pogrzebana. „Problem trzech ciał” przewyższa pod tym względem niejeden czysto-gatunkowy horror. Strach i niepokój na kosmiczną skalę wynikają bowiem właśnie z przestrzeni, na jakiej my, jako zwykli ludzie, jesteśmy infiltrowani i manipulowani przez odległą rasę. Jesteśmy prześwietlani na poziomie atomów i w ostatecznym rozrachunku sprowadzeni do rangi „insektów”. Ciężko o bardziej pierwotny strach.  

              Tyle w temacie fabuły, i tak czuję, że zdradziłem nieco więcej niż planowałem, jednak przyznam bez bicia, że wciąż jestem pod świeżym działaniem „Problemu trzech ciał”, ale nie wyobrażam sobie też, by pisać o tej książce inaczej niż na świeżo właśnie. Jednym z powodów ku takiemu działaniu jest kolosalna dawka wiedzy, jaką tytuł ten zawarł w sobie, a jaka zaczyna z nas wyparowywać już w momencie jej odłożenia. Od astrofizyki dla opornych po przyspieszony kurs poznawania nowych wymiarów – a to wszystko obleczone w historię, która szokuje i trzyma do końca w zimnym uścisku niepewności.

              Zaspojlerowałem, pozachwalałem, to może teraz coś na przekór? Ciężko, i to mimo szczerych chęci pozostania maksymalnie obiektywnym. Nie jest to pozycja dla każdego, to bez wątpienia, jednak po przeczytaniu pojawia się w nas takie dziwne uczucie, jakbyśmy pragnęli żeby każdy na świecie wiedział też to, co my już wiemy i zrozumieliśmy. Uważam, że to bardzo specyficzna i dość rzadko spotykana, niemniej wciąż Groza we własnej osobie.

              Ta pani przejawia się w „Trzech ciałach” na wielu płaszczyznach – od wspomnianego kosmicznego zagrożenia, przez chaos, który popycha do ostateczności nawet tych o najświetlejszych umysłach, aż po namacalne dowody wskazujące, że świat faktycznie stanął na głowie i leci w ciemną przepaść. Co w tym jednak najgorsze? Że my sami, wiedząc, co już wiemy, nie mamy pewności, czy to do końca źle.